Wróciłem wprawdzie z Włoch już pewien czas temu ale celowo wstrzymałem się z jakimkolwiek opisywaniem mojego pobytu Erasmusowego w trakcie jego trwania. Wolałem spojrzeć z perspektywy czasu na te 4 miesiące spędzone jako student Erasmusa w Trieście, by móc na spokojnie ocenić ten etap mojego życia. Na moim blogu pojawiły się wcześniej dosyć krótkie wpisy o Trieście (1 2 3), teraz czas na ciut dłuższy opis. Aby był bardziej przejrzysty, zastosuję system plusów i minusów przy ocenie.
Triest jako miasto turystyczne
To miasto leżące w północno-wschodnich Włoszech, tuż przy granicy ze Słowenią, jest miastem dosyć małym bo liczącym około 200-250 tysięcy ludzi. Jak na warunki włoskie, to rzec by można, że to prowincja. I tak można się tam poczuć. W Trieście na pewno nie poczujemy się przygnieceni tempem życia i ogromem miasta. Poza paroma głównymi ulicami życie toczy się dosyć leniwie, a w ciągu nocy jest opustoszałe poza centrum. Z drugiej strony w Trieście czułem się bezpiecznie, jak w żadnym innym mieście w Europie. Nawet tak gorąco dyskutowany problem we Włoszech jak imigranci jest mniej widoczny. Owszem, na ulicach widać napływ imigracji ale nie znajdziemy już dzielnicy chińskiej, co w innych miastach nie jest trudne.
Największym plusem Triestu jest jego położenie - jest to wprost wymarzone miejsce do podróży. Z jednej strony mamy Adriatyk, z drugiej Alpy, do których możemy dojechać w kilka godzin. Na zachód otworem stoją przed nami całe północne Wlochy z takimi włoskimi perłami jak Wenecja, Mediolan czy Turyn. Wystarczy natomiast zrobić kilka kroków na wschód, by powoli zacząć wkraczać na Płw. Bałkański. O ile jeszcze Słowenię ciężko zaliczyć do kręgu państw bałkańskich, to w przypadku Chorwacji taka klasyfikacja nie budzi aż takich wątpliwości. Całe Bałkany tylko czekają, by przyjechać ich niesamowite zabytki, kulturę czy potrawy. Jeśli wolimy trochę spokojniejsze klimaty, to w ciągu paru godzin możemy się znaleźć w krainie znakomitego piwa czyli Austrii.
Ale nie musimy sięgać wzrokiem tak daleko! Sam Triest jest miastem, które można zwiedzić dosłownie w kilka godzin. Oferuje wprawdzie kilka bardzo interesujących zabytków jak ruiny rzymskiego amfiteatru, latarnię morską (panorama z niej jest fenomenalna) czy jedną z największych w Europie synagog, to prawdziwą siłę Triestu stanowią miejscowości położone wokół niego. Wspominałem już bodajże o tym na blogu ale przypomnę. Maksymalnie do godziny drogi od Triestu możemy odwiedzić m.in. Miramare - piękny, biały zamek Habsburgów, Val Rosandrę - dolinę kresową czy Muggię - małą Wenecję. Jednak to nie koniec - jeśli chcemy zobaczyć kolejny zamek, możemy wybrać się do Duino. Jeśli wolimy zejść pod ziemię, to Grotta gigante czeka na nas. Jeśli chcemy przejechać się zabytkowym tramwajem, który wspina się na zbocze góry pod kątem około 50-60 stopni, to musimy wybrać się do Villa Opicina. Krótko mówiąc, sam Triest możesz zwiedzić w kilka godzin, natomiast atrakcji turystycznych wokół jest sporo więc warto zarezerwować sobie min. 2 dni.
Ocena: + (dodatkowy + jak lubisz dużo zwiedzać)
Triest jako miejsce życia
Już wspominałem, że Triest to dosyć małe miasto. I takie jest. Powolne życie to norma. Nikt nigdzie się nie spieszy, a wszyscy są dla siebie mili. Żyć, nie umierać. O ile lubisz właśnie taki styl życia... Mi osobiście on nie do końca pasuje więc czasem w Trieście prawie się nudziłem, co w moim rodzinnym mieście jest nie do pomyślenia :)
Z drugiej strony, dzięki temu, że Triest to swoista prowincja, życie jest tańsze. Zarówno wynajem pokoju, jak i ceny żywności są niższe w porównaniu do Rzymu czy Mediolanu. I to nawet o kilkadziesiąt euro. Dodatkowo, Triest jest na tyle niewielkim mieście, że wszędzie można dojść na piechotę w ciągu 30-40 minut, a jeśli korzystasz z komunikacji miejskiej, to w autobusach kontrolerzy pojawiają się rzadko, a do tego są oznakowani. Dać się złapać to naprawdę trzeba mieć pecha albo zawiązane oczy ;)
Triest jest bardzo bezpiecznym miastem - chyba nigdzie nie czułem się tak dobrze, wracając w środku nocy do swojego mieszkania. Może dlatego, że głównie nie spotykałem żadnej żywej duszy, robiąc spacery w środku nocy :)
Ocena: +/- (zależy od twojego stylu życia - jeśli lubisz powolny tryb, to miasto jest stworzone dla ciebie)
Uniwersytet
Ooo, i wreszcie moment, kiedy ciężko będzie znaleźć pozytywne słowa. Universita degli studi di Trieste, bo tam właśnie studiowałem w ramach Erasmusa, jest uczelnią co najmniej kiepską. A najgorsza jest administracja włoska. Narzekamy na swoją ale Włosi są mistrzami komplikacji bo czy ktokolwiek słyszał, że podpis dziekana może się zdeaktualizować...?
Krótka historia: na początku marca chciałem wreszcie uzyskać status studenta Erasmusa. Po odczekaniu około godziny z biletem w ręce (musisz wziąć taki bilet jak na polskiej poczcie, by dostać się do biura/sekretariatu), okazało się, że Kraków i Triest jakoś nie mogą dosłać sobie odpowiednich papierów. Przyszedłem więc za kilka dni. Po odczekaniu znów standardowej godziny, to samo. I trwało to 3 tygodnie, aż Włosi wręczyli mi telefon do ręki i powiedzili, bym zadzwonił i sam pogadał z własnym uniwersytetem. Chodziło o to, że nie wiedzieli, czy jestem studentem na 9 czy na 5 miesięcy. Jak przyjeżdżam na początku marca, to chyba można się domyślić ale widać, że Włochów to przerosło... W końcu sam załatwiłem i jest. Student Erasmusa oficjalnie.
No to czas spotkać się z włoskim koordynatorem ds Erasmusa, by podpisał mi Learning agreement. Okazało się, że rezyduje on w innym mieście. Po 3 tygodniach wreszcie mi odpisał, że możemy się spotkać. I pomyśleć, że narzekamy, gdy profesor nie odpowiada na mejla przez tydzień.
I teraz scena finałowa - zaliczyłem przedmioty, które wpisałem do Learning agreement. Chciałem złożyć indeks ciut wcześniej, by wrócić do Polski. Nie ma takiej możliwości - umowa erasmusowa wymaga, bym był studentem 4 miesiące więc muszę siedzieć 4 miesiące, pomimo tego, że nie mam nic do roboty. Poczekałem więc, aż miną wymagane miesiące i poszedłem jeszcze raz do sekretariatu. Tym razem przyjęty tylko po 30 (!) minutach czekania, chciałem w końcu oficjalnie oddać indeks. Okazało się, że podpis dziekana, który uzyskałem w poprzednim miesiącu jest NIEAKTUALNY! I muszę uzyskać teraz nowy podpis, z tego miesiąca, bo inaczej nie zakończę Erasmusa. Po prostu odjęło mi mowę więc bez sprzeciwu wyszedłem z sekretariatu. Pomijając fakt, że następnego dnia miałem zaplanowany wyjazd z Triestu, była to sytuacja, która wręcz nie mieściła się w granicach zdrowego rozsądku. Jak może się podpis zdeaktualizować? Skracając historię, po sześciu godzinach biegania i czekania na uniwersytecie w końcu udało mi się uzyskać podpis wicedziekana i oddać indeks. Oczywiście zajęło mi to dosłownie pięć minut. Ile poświęciłem czasu na załatwianie administracyjnych spraw... wolę nie liczyć. Mam tylko dwa słowa dla Biura Erasmusa w Trieście: FUCK YOU.
Odsuńmy na bok emocje i popatrzmy na uczelnię w Trieście obiektywnie. Poziom nauczania nie był najwyższy. Przeszukałem trzy wydziały i nie znalazłem żadnego kursu prowadzonego w języku innym niż włoski. Skazany byłem więc na jedyny i słuszny język ojczysty Włochów. Same wykłady bo Włosi mają zajęcia głównie w formie wykładów (które w odróżnieniu od naszych są np. trzy razy w tygodniu) mają formę albo klasycznego przekazu profesor -> student albo stają się swobodną dyskusją pomiędzy uczestnikami zajęć i prowadzącym. Ten drugi sposób mógłby przypaść do gustu, gdyby nie... poziom dyskusji. Nie będę owijał w bawełnę, Włosi często mają poglądy, które są wzięte wprost z innego wymiaru. Opierają się albo na zasłyszanych gdzieś opiniach albo obejrzanych w telewizji programach (są one nota bene wyjątkowo idiotyczne), na podstawie których formułują własne zdanie. Żadnej racjonalności, żadnych naukowych fundamentów. Oczywiście w Polsce też często zdarzają się takie przypadki ale we Włoszech wydały się mi one jakby pewnym standardem. Nawet sami prowadzący często załamują ręce, słysząc herezje włoskich studentów, bo czy ktoś kiedyś pomyślał, by uznać Mussoliniego za ekonomicznego liberała? I jak tu dyskutować...
Ocena: -- (tak, to jest podwójny minus)
cdn.
Triest jako miasto turystyczne
To miasto leżące w północno-wschodnich Włoszech, tuż przy granicy ze Słowenią, jest miastem dosyć małym bo liczącym około 200-250 tysięcy ludzi. Jak na warunki włoskie, to rzec by można, że to prowincja. I tak można się tam poczuć. W Trieście na pewno nie poczujemy się przygnieceni tempem życia i ogromem miasta. Poza paroma głównymi ulicami życie toczy się dosyć leniwie, a w ciągu nocy jest opustoszałe poza centrum. Z drugiej strony w Trieście czułem się bezpiecznie, jak w żadnym innym mieście w Europie. Nawet tak gorąco dyskutowany problem we Włoszech jak imigranci jest mniej widoczny. Owszem, na ulicach widać napływ imigracji ale nie znajdziemy już dzielnicy chińskiej, co w innych miastach nie jest trudne.
Największym plusem Triestu jest jego położenie - jest to wprost wymarzone miejsce do podróży. Z jednej strony mamy Adriatyk, z drugiej Alpy, do których możemy dojechać w kilka godzin. Na zachód otworem stoją przed nami całe północne Wlochy z takimi włoskimi perłami jak Wenecja, Mediolan czy Turyn. Wystarczy natomiast zrobić kilka kroków na wschód, by powoli zacząć wkraczać na Płw. Bałkański. O ile jeszcze Słowenię ciężko zaliczyć do kręgu państw bałkańskich, to w przypadku Chorwacji taka klasyfikacja nie budzi aż takich wątpliwości. Całe Bałkany tylko czekają, by przyjechać ich niesamowite zabytki, kulturę czy potrawy. Jeśli wolimy trochę spokojniejsze klimaty, to w ciągu paru godzin możemy się znaleźć w krainie znakomitego piwa czyli Austrii.
Ale nie musimy sięgać wzrokiem tak daleko! Sam Triest jest miastem, które można zwiedzić dosłownie w kilka godzin. Oferuje wprawdzie kilka bardzo interesujących zabytków jak ruiny rzymskiego amfiteatru, latarnię morską (panorama z niej jest fenomenalna) czy jedną z największych w Europie synagog, to prawdziwą siłę Triestu stanowią miejscowości położone wokół niego. Wspominałem już bodajże o tym na blogu ale przypomnę. Maksymalnie do godziny drogi od Triestu możemy odwiedzić m.in. Miramare - piękny, biały zamek Habsburgów, Val Rosandrę - dolinę kresową czy Muggię - małą Wenecję. Jednak to nie koniec - jeśli chcemy zobaczyć kolejny zamek, możemy wybrać się do Duino. Jeśli wolimy zejść pod ziemię, to Grotta gigante czeka na nas. Jeśli chcemy przejechać się zabytkowym tramwajem, który wspina się na zbocze góry pod kątem około 50-60 stopni, to musimy wybrać się do Villa Opicina. Krótko mówiąc, sam Triest możesz zwiedzić w kilka godzin, natomiast atrakcji turystycznych wokół jest sporo więc warto zarezerwować sobie min. 2 dni.
Ocena: + (dodatkowy + jak lubisz dużo zwiedzać)
Triest jako miejsce życia
Już wspominałem, że Triest to dosyć małe miasto. I takie jest. Powolne życie to norma. Nikt nigdzie się nie spieszy, a wszyscy są dla siebie mili. Żyć, nie umierać. O ile lubisz właśnie taki styl życia... Mi osobiście on nie do końca pasuje więc czasem w Trieście prawie się nudziłem, co w moim rodzinnym mieście jest nie do pomyślenia :)
Z drugiej strony, dzięki temu, że Triest to swoista prowincja, życie jest tańsze. Zarówno wynajem pokoju, jak i ceny żywności są niższe w porównaniu do Rzymu czy Mediolanu. I to nawet o kilkadziesiąt euro. Dodatkowo, Triest jest na tyle niewielkim mieście, że wszędzie można dojść na piechotę w ciągu 30-40 minut, a jeśli korzystasz z komunikacji miejskiej, to w autobusach kontrolerzy pojawiają się rzadko, a do tego są oznakowani. Dać się złapać to naprawdę trzeba mieć pecha albo zawiązane oczy ;)
Triest jest bardzo bezpiecznym miastem - chyba nigdzie nie czułem się tak dobrze, wracając w środku nocy do swojego mieszkania. Może dlatego, że głównie nie spotykałem żadnej żywej duszy, robiąc spacery w środku nocy :)
Ocena: +/- (zależy od twojego stylu życia - jeśli lubisz powolny tryb, to miasto jest stworzone dla ciebie)
Uniwersytet
Ooo, i wreszcie moment, kiedy ciężko będzie znaleźć pozytywne słowa. Universita degli studi di Trieste, bo tam właśnie studiowałem w ramach Erasmusa, jest uczelnią co najmniej kiepską. A najgorsza jest administracja włoska. Narzekamy na swoją ale Włosi są mistrzami komplikacji bo czy ktokolwiek słyszał, że podpis dziekana może się zdeaktualizować...?
Krótka historia: na początku marca chciałem wreszcie uzyskać status studenta Erasmusa. Po odczekaniu około godziny z biletem w ręce (musisz wziąć taki bilet jak na polskiej poczcie, by dostać się do biura/sekretariatu), okazało się, że Kraków i Triest jakoś nie mogą dosłać sobie odpowiednich papierów. Przyszedłem więc za kilka dni. Po odczekaniu znów standardowej godziny, to samo. I trwało to 3 tygodnie, aż Włosi wręczyli mi telefon do ręki i powiedzili, bym zadzwonił i sam pogadał z własnym uniwersytetem. Chodziło o to, że nie wiedzieli, czy jestem studentem na 9 czy na 5 miesięcy. Jak przyjeżdżam na początku marca, to chyba można się domyślić ale widać, że Włochów to przerosło... W końcu sam załatwiłem i jest. Student Erasmusa oficjalnie.
No to czas spotkać się z włoskim koordynatorem ds Erasmusa, by podpisał mi Learning agreement. Okazało się, że rezyduje on w innym mieście. Po 3 tygodniach wreszcie mi odpisał, że możemy się spotkać. I pomyśleć, że narzekamy, gdy profesor nie odpowiada na mejla przez tydzień.
I teraz scena finałowa - zaliczyłem przedmioty, które wpisałem do Learning agreement. Chciałem złożyć indeks ciut wcześniej, by wrócić do Polski. Nie ma takiej możliwości - umowa erasmusowa wymaga, bym był studentem 4 miesiące więc muszę siedzieć 4 miesiące, pomimo tego, że nie mam nic do roboty. Poczekałem więc, aż miną wymagane miesiące i poszedłem jeszcze raz do sekretariatu. Tym razem przyjęty tylko po 30 (!) minutach czekania, chciałem w końcu oficjalnie oddać indeks. Okazało się, że podpis dziekana, który uzyskałem w poprzednim miesiącu jest NIEAKTUALNY! I muszę uzyskać teraz nowy podpis, z tego miesiąca, bo inaczej nie zakończę Erasmusa. Po prostu odjęło mi mowę więc bez sprzeciwu wyszedłem z sekretariatu. Pomijając fakt, że następnego dnia miałem zaplanowany wyjazd z Triestu, była to sytuacja, która wręcz nie mieściła się w granicach zdrowego rozsądku. Jak może się podpis zdeaktualizować? Skracając historię, po sześciu godzinach biegania i czekania na uniwersytecie w końcu udało mi się uzyskać podpis wicedziekana i oddać indeks. Oczywiście zajęło mi to dosłownie pięć minut. Ile poświęciłem czasu na załatwianie administracyjnych spraw... wolę nie liczyć. Mam tylko dwa słowa dla Biura Erasmusa w Trieście: FUCK YOU.
Odsuńmy na bok emocje i popatrzmy na uczelnię w Trieście obiektywnie. Poziom nauczania nie był najwyższy. Przeszukałem trzy wydziały i nie znalazłem żadnego kursu prowadzonego w języku innym niż włoski. Skazany byłem więc na jedyny i słuszny język ojczysty Włochów. Same wykłady bo Włosi mają zajęcia głównie w formie wykładów (które w odróżnieniu od naszych są np. trzy razy w tygodniu) mają formę albo klasycznego przekazu profesor -> student albo stają się swobodną dyskusją pomiędzy uczestnikami zajęć i prowadzącym. Ten drugi sposób mógłby przypaść do gustu, gdyby nie... poziom dyskusji. Nie będę owijał w bawełnę, Włosi często mają poglądy, które są wzięte wprost z innego wymiaru. Opierają się albo na zasłyszanych gdzieś opiniach albo obejrzanych w telewizji programach (są one nota bene wyjątkowo idiotyczne), na podstawie których formułują własne zdanie. Żadnej racjonalności, żadnych naukowych fundamentów. Oczywiście w Polsce też często zdarzają się takie przypadki ale we Włoszech wydały się mi one jakby pewnym standardem. Nawet sami prowadzący często załamują ręce, słysząc herezje włoskich studentów, bo czy ktoś kiedyś pomyślał, by uznać Mussoliniego za ekonomicznego liberała? I jak tu dyskutować...
Ocena: -- (tak, to jest podwójny minus)
cdn.
hej! tez jade do triestu z erasmusa :) fajnie by bylo jakbys wiecej ze mna o tym pogadal, bo jade calkiem sama i nie na studia a praktyke, dlatego zbieram info. moje gadu: 2583069 ;)
OdpowiedzUsuń