I znów mija prawie miesiąc od ostatniego wpisu. Ale tym razem mam lepsze wytłumaczenie, że nie bloggowałem. Otóż, od 1,5 tygodnia trwa moja przygoda z Erasmusem, do którego w ostatnich tygodniach lutego przygotowywałem się tzn. załatwiałem ostatnie sprawy, kupowałem walutę, zaliczałem przedmioty itp.
I takoż teraz jestem w Trieście w ramach programu Erasmus. Jest 10 marca 2010. Za oknem nie ma słonecznej Italii, a raczej rzeczywistość niczym z Polski. Rzekłbym, że nawet gorsza. Nie dość, że pada śnieg, to jeszcze wieje przeraźliwie mocny wiatr nazywany Bora. Na szczęście zrobiłem kilka dni temu odpowiednie zapasy więc mogę wytrzymać w zimowym oblężeniu kilka dni bez wychodzenia. Naturalnie ciepłych ubrań nie mam ze sobą ponieważ i tak nie zmieściłyby się do plecaka (lub przekroczyłby on dopuszczalną w samolotach wagę), a poza tym kto by pomyślał, żeby do Włoch brać zimowy płaszcz, szalik i ocieplane buty...? Tak też siedzę sobie w moim, całkiem fajnym mieszkaniu (choć oddalonym od centrum), słucham włoskiego radia, popijając szkocką whisky i czekam na ocieplenie... a wtedy na wschód! Do braci Słowian! Choć to wprawdzie Słowianie południowi ale to tak jakby kuzyni :) Chciałbym w weekend wybrać się na Słowenię, na którą jest z Triestu ledwie kilka kilometrów i zwiedzić przygraniczne tereny. Wszystko zależy od tego, czy Bora ostatecznie zlituje się nad wschodnim wybrzeżem Adriatyku czy też nie...
Whisky ma tą cudowną właściwość, że poprawia humor więc nie jest aż tak źle :) wprawdzie zimno, wieje i w ogóle śnieg ale za to jest znakomita okazja, by wypróbować w ciężkich warunkach niedawno kupiony aparat. No i to znakomita wymówka, żeby nie iść na zajęcia na uniwersytet.
Swoją drogą, jestem już tutaj drugi tydzień, a dopiero raz byłem na wykładzie (z Diritti umani - Prawa człowieka, świetny profesor) i na zajęciach z włoskiego. No bo w pierwszym tygodniu zajęć to tak nie wypada chodzić, a w drugim tygodniu zaczęła wiać Bora, która zniechęca do jakichkolwiek wyjść z mieszkania. W sumie i tak nie spieszno mi na uniwersytet bo nawet nie wiem, czy jestem tutaj studentem. Oj, tak, moja wspaniała Alma Mater, sławna na całą Europę po raz kolejny s....a sprawę i nie przysłała jakiejś tam ważnej informacji do Triestu. I teraz tutejsza uczelnia musi skontaktować się z UJotem i dopytać o wszystko... Jako że w Trieście administracja działa równie powolnie i tragicznie jak na UJocie, to może dam im jeszcze kilka(naście?) dni, aby załatwili wszystko. Do kwietnia może się uda.
Kończąc już, w telegraficznym skrócie - Triest jest bardzo ładny choć dosyć nudny. Nie ma tu życia ani w dzień ani w nocy. Okolica Triestu jest jeszcze piękniejsza niż samo miasto. Alkohol jest tani (Wyborowa kosztuje tyle samo co w Polsce, natomiast whisky, wino i piwo tańsze niż w ojczyźnie), jedzenie, o ile gotuje się samemu, nie wychodzi drogo, a mają tu rzeczy, o których można tylko pomarzyć w Polsce. Nie jest to najbardziej zajebiste miasto, jakie udało mi się w moim krótkim życiu odwiedzić ale ma spory potencjał, który można odkryć... jak tylko Bora przestanie wiać...
I na koniec garść zdjęć. Staram się trochę podszkolić z fotografii, mając kilka wolnych chwil. Upłyną pewnie nie miesiąca, a lata zanim zacznę robić dobrę zdjęcia ale na razie prezentuję to, co prezentuję. Wszystkie komentarze, zwłaszcza konstruktywno-krytyczne bardzo mile widziane.
Pierwszy wieczór z aparatem w Trieście (tego samego dnia, jak przyjechałem więc nic nadwyczajnego)
Moja krótka wyprawa do Villa Opicina - miejscowości położonej na północ od Triestu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz