Wielokrotnie, najczęściej w czasie sesji, zastanawiałem się nad fenomenem sesji. Każdy wie, co to jest - przynajmniej każdy, kto jej doświadczył. Teraz, gdy kolejny wieczór spędzam nad notatkami, moje myśli wędrują znów w kierunku rozważań...
Najbardziej zastanawia mnie podejście studentów do sesji - wybraliśmy pewne studia, które chcemy ukończyć. Wierzymy, że dadzą nam one odpowiednie umiejętności/znajomości/wiedzę, które pozwolą nam [.......] (tutaj wpisz swój cel).
Chcemy studiować, chcemy skończyć - dlaczego zatem zawsze tak narzekamy na egzaminy/naukę/pisanie prac?
Czy idąc na studia, nie wiedzieliśmy o tym, że (zwykle) magistrów nie rozdają za darmo i będziemy musieli włożyć choć odrobinę wysiłku?
Skoro nam się tak nie podoba, a studia są tak beznadziejne (bo nie ma pracy, bo głupie, bo cośtam), nie lepiej z nich zrezygnować i iść do pracy/wojska/wyjechać do Nepalu?
Dlaczego tak kochamy się umartwiać, będąc na studiach?
A może sesja to okres naszej pokuty za kilka miesięcy szaleństw?
Czy jesteśmy tak bezrozumnymi istotami, że najpierw marnujemy 5 lat, by potem przeżyć jeszcze bardziej marne życie?
Pytania można mnożyć, a przecież na każdych studiach uczą, że bez stawiania pytań badawczych, nie ma odpowiedzi.
Jeśli na którekolwiek pytanie odpowiedziałeś (w jakikolwiek sposób), to przestań kurwa narzekać i ucz się!
A jeśli nie, to pomyśl jeszcze raz.
Na koniec jeszcze jedno pytanie, jednak tym razem z odpowiedzią.
Is there a God?
I co teraz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz