Kryzysowe USA
Obama stoi na granicy swojej prezydentury. Dlaczego? Wyjaśniam to w tym wpisie na blogu Centrum Inicjatyw Międzynarodowych, który żyje, więc zachęcam do czytania.
Utracone zyski czyli koszty czekania
Od ostatniego wpisu upłynęło stanowczo zbyt dużo czasu jak na sieciowego bloga, jednak dzisiaj pojawił się znakomity moment, by wreszcie zamieścić nowy wpis. A miałem czas go stworzyć w... autobusie (a wieczorem jedynie go poprawiam).
Do nowego wpisu zaintrygowała mnie zwykła sprawa, a mianowicie uliczny korek. Poprzez duże skrzyżowanie dwóch ulic w Krakowie przejeżdżał konwój VIPowski w kierunku centrum miasta. I bardzo im się spieszyło, sądząc po sile sygnału, wymuszającego, by wszyscy inni użytkownicy drogi usunęli się, by nie przeszkadzać przejeżdżającym autom i eskorcie.
Nie jest to nadzwyczajna sytuacja. Wydarzenie to jednak spowodowało pojawienie się kolejnego codziennego zjawiska, jakim jest korek uliczny. Przejazd główną ulicą konwoju VIPowskiego pozwolił na zakorkowanie się kilku najbliższych ulic. Kraków komunikacyjnie jest typowym współczesnym miastem, który zostało dotknięte przez chorobę zwaną korki uliczne. Jakiekolwiek niezaplanowane zdarzenie zmniejszające płynność komunikacji, choćby tak małe jak przejazd VIPów, powoduje ogromne skutki w postaci sznura samochodów poprzetykanego pojazdami komunikacji miejskiej.
No i utknąłem w autobusie, stojącym w korku. Zacząłem się zatem zastanawiać, jaki wpływ ma taki niewielki czynnik jak konwój VIPowski na otoczenie, w którym się pojawił. A najłatwiej to zrobić, kalkulując koszty ekonomiczne.
Przede wszystkim potrzebujemy ekonomicznej teorii kosztów alternatywnych. Wystarczy definicja z Wikipedii:
Do nowego wpisu zaintrygowała mnie zwykła sprawa, a mianowicie uliczny korek. Poprzez duże skrzyżowanie dwóch ulic w Krakowie przejeżdżał konwój VIPowski w kierunku centrum miasta. I bardzo im się spieszyło, sądząc po sile sygnału, wymuszającego, by wszyscy inni użytkownicy drogi usunęli się, by nie przeszkadzać przejeżdżającym autom i eskorcie.
Nie jest to nadzwyczajna sytuacja. Wydarzenie to jednak spowodowało pojawienie się kolejnego codziennego zjawiska, jakim jest korek uliczny. Przejazd główną ulicą konwoju VIPowskiego pozwolił na zakorkowanie się kilku najbliższych ulic. Kraków komunikacyjnie jest typowym współczesnym miastem, który zostało dotknięte przez chorobę zwaną korki uliczne. Jakiekolwiek niezaplanowane zdarzenie zmniejszające płynność komunikacji, choćby tak małe jak przejazd VIPów, powoduje ogromne skutki w postaci sznura samochodów poprzetykanego pojazdami komunikacji miejskiej.
No i utknąłem w autobusie, stojącym w korku. Zacząłem się zatem zastanawiać, jaki wpływ ma taki niewielki czynnik jak konwój VIPowski na otoczenie, w którym się pojawił. A najłatwiej to zrobić, kalkulując koszty ekonomiczne.
Przede wszystkim potrzebujemy ekonomicznej teorii kosztów alternatywnych. Wystarczy definicja z Wikipedii:
W ekonomii koszt alternatywny danego dobra to ilość innego dobra, z której trzeba zrezygnować, aby możliwe stało się wytworzenie dodatkowej jednostki tego pierwszego.
Koszt alternatywny w wielu podręcznikach z zakresu ekonomii jest również definiowany jako koszt potencjalnie utraconych możliwości (lub jako koszt utraconych korzyści).
To nakreśla nam sytuację. Czekając, tracimy czas, który moglibyśmy wykorzystać w inny sposób. A jak cenny jest ten nasz czas?
Wg GUS średnia pensja krajowa to 3400 zł. Na miesięczną wypłatę składają się średnio 22 dni robocze po 8 godzin. Po zamianie godzin na minuty i przemnożeniu dni przez jednostki czasu, otrzymujemy wynik 10560 roboczominut w pojedynczym miesiącu.
Dzieląc średnią pensję krajową przez otrzymany wynik, to minuta statystycznego Polaka jest warta 32 grosze. Wydaje się, że to niewielka kwota.
W perspektywie zakorkowanego miasta pojedyncze niewielkie kwoty zsumowane mogą urosnąć do dużych rozmiarów. Powracając do wspomnianego na początku skrzyżowania, doliczyłem się 7 składów tramajowych stojących jeden za drugim. Był to najwyraźniejszy przejaw tego, że przejazd VIPów zakłócił ruch, gdyż normalnie komunikacja publiczna na tym odcinku sprawuje się całkiem dobrze.
Przyjmując, że w każdym z 7 tramwajów było 50 osób, a ostatecznie ich przejazd opóźnił się o 10 minut, to przemnażając te wielkości przez wartością jednej roboczominuty, to czekanie osób w transporcie publicznym kosztowało je łącznie 1120 zł. Niewiele osób, choć coraz więcej, wykorzystuje kreatywnie czas spędzany w kolejkach i korkach na np. czytanie książek. Jednak zdecydowana większość wciąż praktykuje bierne czekanie, więc wyliczone koszty nie są zakłócone przez ten aspekt.
1120 zł to suma kosztów czekania jedynie osób znajdujących się w tramwajach. Konieczne byłoby jeszcze doliczenie innych osób czekających w samochodach osobowych czy autobusach. Interesujące byłoby też policzenie kosztów paliwa, które pojazdy spalają, poruszając się żółwim tempem. Ostatecznie, mogłaby być to bardzo duża suma.
Jak wyraźnie widać, korki uliczne są nie tylko współczesną chorobą miast, ale też bardzo kosztowne. Najgorsze jest jednak to, że w najbliższych latach sytuacja ta prawdopodobnie jedynie się pogorszy, a my będziemy nie-zyskiwać coraz więcej.
Blog Centrum Inicjatyw Międzynarodowych
Street art
Ostatnio byłem na ciekawym filmie dotyczącym street artu. Myślę, że każdy mniej więcej czuje, czym jest street art. Nie, nie mówimy tutaj o okropnych bohomazach, wyrażających uwielbienie dla danej drużyny, a o małych dziełach sztuki, które możemy znaleźć coraz częściej na kolejnych ścianach kamienic czy bloków.
Pytanie, czy jest to wandalizm, jest jak najbardziej na miejscu. Cóż, ja tylko powiem, że każda sztuka manifestowała się w swój określony sposób. Poza tym, czy dobre grafitti naprawdę jest wandalizmem cementowej płyty? Gdyby tak zamienić wszystkie smutne polskie blokowiska w ogromne dziesięciopiętrowe grafitti? Myślę, że moglibyśmy wpisać się jako kolejny cud świata...
Swojego czasu, odwiedzając Zagrzeb, natknąłem się na ścianę, która otaczała dworzec towarowy. Było to przy jednej z głównych ulic, jednak nie było to ścisłe centrum. Efekt jednak piorunujący. Choć Zagrzeb jest zdecydowanie cudownym miastem, to dzięki takim inicjatywom, jakiej rezultaty możemy oglądać na poniższych zdjęciach, zyskuje w moich oczach jeszcze bardziej. Da się? Da się.
Pytanie, czy jest to wandalizm, jest jak najbardziej na miejscu. Cóż, ja tylko powiem, że każda sztuka manifestowała się w swój określony sposób. Poza tym, czy dobre grafitti naprawdę jest wandalizmem cementowej płyty? Gdyby tak zamienić wszystkie smutne polskie blokowiska w ogromne dziesięciopiętrowe grafitti? Myślę, że moglibyśmy wpisać się jako kolejny cud świata...
Swojego czasu, odwiedzając Zagrzeb, natknąłem się na ścianę, która otaczała dworzec towarowy. Było to przy jednej z głównych ulic, jednak nie było to ścisłe centrum. Efekt jednak piorunujący. Choć Zagrzeb jest zdecydowanie cudownym miastem, to dzięki takim inicjatywom, jakiej rezultaty możemy oglądać na poniższych zdjęciach, zyskuje w moich oczach jeszcze bardziej. Da się? Da się.

A że street art nie musi oznaczać wandalizmu, a może nieść głębsze przesłanie, udowadnia nieznana persona o ksywie Banksy, której prace możemy obejrzeć na jego stronie
http://www.banksy.co.uk/
Powtórzę, każdy nurt sztuki manifestuje się w inny sposób. Nie odbierajmy zatem street artowi jego miejsca.
http://www.banksy.co.uk/
Powtórzę, każdy nurt sztuki manifestuje się w inny sposób. Nie odbierajmy zatem street artowi jego miejsca.
Ekonomiści i humaniści nie są naukowcami...?
Ostatnimi czasy spotkałem się z następującą sytuacją: mój kolega ma firmę, która postanowiła złożyć wniosek w ramach funduszy unijnych o przyznanie dofinansowania na rozpoczęcie działalności badawczo-rozwojowej. Nie wchodząc w szczegóły, chodziło o zakup zaawansowanej technologii optoelektronicznej, która miała stanowić infrastrukturę badawczą. Przy jej pomocy zespół specjalistów miał rozpocząć badania pod kątem wykorzystania nowoczesnej techniki w sektorze MŚP – jest to tzw. komercjalizacja działań B+R. Wniosek został oceniony negatywnie – wg ekspertów instytucji pośredniczącej nie spełniał podstawowego kryterium formalnego: zaproponowane działania nie były badaniami naukowymi.
Gdzie pojawił się wg ekspertów problem? Zgodnie z przysłaną oceną formalną, praca wykształconych humanistów i ekonomistów nie jest działalnością badawczo-rozwojową! Firma zaproponowała następujący schemat: grupa naukowców, m.in. specjaliści z zakresu marketingu, ekonomii oraz nowoczesnych technologii, miała zebrać materiał badawczy w warunkach rynkowych i na jego podstawie przygotować raport końcowy, który zostałby przesłany do ośrodków przemysłowych w formie feedbacku: jak urządzenia technologiczne, tworzone przez inżynierów, odpowiadają na potrzeby rynku. Istnieje obecnie zbyt rozległy rozdźwięk pomiędzy sferą ściśle techniczną a biznesem i innymi dziedzinami naukowymi. Jednocześnie, aby osiągnąć planowany zwrot inwestycji oraz pozyskać fundusze na dalsze prowadzenie badań, miała być prowadzona działalność usługowa, zakładająca wykorzystanie nabytych urządzeń optoelektronicznych. Unia Europejska pragnie zbliżać ze sobą naukowców i biznesmenów. Kwestią sporną jest, jak definiujemy tego „naukowca”.
W tym punkcie przede wszystkim należy zadać sobie pytanie, czym jest ta dzisiejsza „nauka”. Nie ulega wątpliwości, że wraz ze stuleciami, a obecnie dekadami, pojęcie to ulega ciągłym przeobrażeniom. W najprostszym ujęciu, możemy powiedzieć, że nauka to autonomiczna część kultury służąca wyjaśnieniu funkcjonowania świata, w którym żyje człowiek. O wiele konkretniejsze, i zróżnicowane tym samym, są definicje opisujące tzw. działalność B+R.
Na początku podam opis badań zawarty w załączniku do Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego, gdyż właśnie tego programu dotyczył opisywany na początku wniosek unijny. Zgodnie z tym dokumentem, pod pojęciem „działalność badawczo-rozwojowa” należy rozumieć „(…) pracę twórczą podejmowaną w sposób systematyczny w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania tych zasobów wiedzy do tworzenia nowych zastosowań”. Czyż więc inicjatywa firmy nie wpisywała się w to pojęcie? Wg ekspertów najwyraźniej nie. Jeszcze bardziej interesującą definicję podaje Główny Urząd Statystyczny, które określa zakres działań jednostek badawczo-rozwojowych (które logicznie rzecz ujmując, prowadzą działalność B+R). Otóż, instytucja ta podaje, że do zadań jednostek badawczo-rozwojowych należy:
1) prowadzenie prac badawczych i rozwojowych oraz przystosowywanie ich wyników do wdrożenia w praktyce,
2) upowszechnianie wyników prac badawczych i rozwojowych,
3) podejmowanie działalności w zakresie doskonalenia metod prowadzenia prac badawczych i rozwojowych,
4) prowadzenie działalności uzupełniającej, a w szczególności w zakresie szkolenia, informacji naukowej, technicznej i ekonomicznej, wynalazczości oraz ochrony własności przemysłowej i intelektualnej,
5) opracowywanie analiz i ocen dotyczących stanu i rozwoju poszczególnych dziedzin nauki i techniki, a także propozycji w zakresie wykorzystywania w kraju osiągnięć światowej nauki i techniki.
Obie definicje znakomicie nakreślają nam, czym są badania i czym zajmuje się jednostka badawcza. Po przeanalizowaniu powyższych opisów wydaje się, że działania opisanej na początku firmy powinny wpisać się w schemat. Jednak nie spełniły one wymogów formalnych. Zastanawiając się chwilę nad zaistniałą sytuacją, można dojść do wniosku, że nastąpił w ostatnich latach spadek wartości nauk humanistycznych oraz ekonomicznych na rzecz nauk technicznych, najwyraźniej nadmiernie gloryfikowanych na początku XXI wieku. Nie ulega wątpliwości, że na rynku pracy zbyt wysoka jest podaż absolwentów pierwszego typu kierunków, podczas gdy popyt pojawia się przede wszystkim na wyspecjalizowanych inżynierów. Problem nie dotyczy jedynie Polski, ale podobna sytuacja występuje na całym świecie.
Wraz ze sytuacją rynkową, zmieniło się również pojęcie działalności B+R. Nie można nie odnieść wrażenia, że wg ekspertów unijnych za prace badawcze możemy uznać jedynie czynności wykonywane przez wykształconych techników np. informatyków. Jednak niesłusznie jest odejmowanie wartości pozostałym dziedzinom, których wkład w dzisiejszy kształt rzeczywistości jest równie ważny, choć mniej spektakularny. Faktycznie, humaniści czy ekonomiści nie mogą pochwalić się opracowaniem rewolucyjnego filtra zmniejszającego zanieczyszczenie powietrza spalinami czy nowego procesora zwiększającego dotychczasową wydajność dwukrotnie. Ba, nawet kolejny program komputerowy może zostać uznany za działalność B+R, natomiast kwestią dyskusyjną w tej perspektywie byłaby nowa teoria ekonomiczna, która nie powstała w wyniku pobudek polityczno-populistycznych.
Przed przedstawicielami nauk humanistycznych i ekonomicznych stoi obecnie ogromne wyzwanie – muszą udowodnić sobie, a także społeczeństwu, że ich nauki są nadal potrzebne. Muszą pokazać, że bez ich udziału technika będzie jedynie pustym zbiorem matematycznych wzorów, nie znajdujących odbicia w rzeczywistości społecznej, ekonomicznej czy politycznej. Nastąpić tym samym musi rozszerzenie pojęcia, zarówno pod względem formalnym, jak i merytorycznym, działalności B+R. Zmiana konieczna jest również w umysłach samych ludzi, zaczynając od gloryfikowanych inżynierów, przez zakompleksionych humanistów i ekonomistów, kończąc na pozostałych członkach społeczności. Nie chodzi tutaj o jakąkolwiek walkę czy zawiść skierowaną do społeczeństwa lub techników. Taki kierunek może przynieść jedynie szkody wszystkim. Analogicznie, społeczeństwo, a także sama nauka, może zyskać jedynie poprzez zgodną współpracę różnych części składowych w celu wypracowania lepszego jutra, obejmującego nas wszystkich.
Gdzie pojawił się wg ekspertów problem? Zgodnie z przysłaną oceną formalną, praca wykształconych humanistów i ekonomistów nie jest działalnością badawczo-rozwojową! Firma zaproponowała następujący schemat: grupa naukowców, m.in. specjaliści z zakresu marketingu, ekonomii oraz nowoczesnych technologii, miała zebrać materiał badawczy w warunkach rynkowych i na jego podstawie przygotować raport końcowy, który zostałby przesłany do ośrodków przemysłowych w formie feedbacku: jak urządzenia technologiczne, tworzone przez inżynierów, odpowiadają na potrzeby rynku. Istnieje obecnie zbyt rozległy rozdźwięk pomiędzy sferą ściśle techniczną a biznesem i innymi dziedzinami naukowymi. Jednocześnie, aby osiągnąć planowany zwrot inwestycji oraz pozyskać fundusze na dalsze prowadzenie badań, miała być prowadzona działalność usługowa, zakładająca wykorzystanie nabytych urządzeń optoelektronicznych. Unia Europejska pragnie zbliżać ze sobą naukowców i biznesmenów. Kwestią sporną jest, jak definiujemy tego „naukowca”.
W tym punkcie przede wszystkim należy zadać sobie pytanie, czym jest ta dzisiejsza „nauka”. Nie ulega wątpliwości, że wraz ze stuleciami, a obecnie dekadami, pojęcie to ulega ciągłym przeobrażeniom. W najprostszym ujęciu, możemy powiedzieć, że nauka to autonomiczna część kultury służąca wyjaśnieniu funkcjonowania świata, w którym żyje człowiek. O wiele konkretniejsze, i zróżnicowane tym samym, są definicje opisujące tzw. działalność B+R.
Na początku podam opis badań zawarty w załączniku do Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyjnego, gdyż właśnie tego programu dotyczył opisywany na początku wniosek unijny. Zgodnie z tym dokumentem, pod pojęciem „działalność badawczo-rozwojowa” należy rozumieć „(…) pracę twórczą podejmowaną w sposób systematyczny w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania tych zasobów wiedzy do tworzenia nowych zastosowań”. Czyż więc inicjatywa firmy nie wpisywała się w to pojęcie? Wg ekspertów najwyraźniej nie. Jeszcze bardziej interesującą definicję podaje Główny Urząd Statystyczny, które określa zakres działań jednostek badawczo-rozwojowych (które logicznie rzecz ujmując, prowadzą działalność B+R). Otóż, instytucja ta podaje, że do zadań jednostek badawczo-rozwojowych należy:
1) prowadzenie prac badawczych i rozwojowych oraz przystosowywanie ich wyników do wdrożenia w praktyce,
2) upowszechnianie wyników prac badawczych i rozwojowych,
3) podejmowanie działalności w zakresie doskonalenia metod prowadzenia prac badawczych i rozwojowych,
4) prowadzenie działalności uzupełniającej, a w szczególności w zakresie szkolenia, informacji naukowej, technicznej i ekonomicznej, wynalazczości oraz ochrony własności przemysłowej i intelektualnej,
5) opracowywanie analiz i ocen dotyczących stanu i rozwoju poszczególnych dziedzin nauki i techniki, a także propozycji w zakresie wykorzystywania w kraju osiągnięć światowej nauki i techniki.
Obie definicje znakomicie nakreślają nam, czym są badania i czym zajmuje się jednostka badawcza. Po przeanalizowaniu powyższych opisów wydaje się, że działania opisanej na początku firmy powinny wpisać się w schemat. Jednak nie spełniły one wymogów formalnych. Zastanawiając się chwilę nad zaistniałą sytuacją, można dojść do wniosku, że nastąpił w ostatnich latach spadek wartości nauk humanistycznych oraz ekonomicznych na rzecz nauk technicznych, najwyraźniej nadmiernie gloryfikowanych na początku XXI wieku. Nie ulega wątpliwości, że na rynku pracy zbyt wysoka jest podaż absolwentów pierwszego typu kierunków, podczas gdy popyt pojawia się przede wszystkim na wyspecjalizowanych inżynierów. Problem nie dotyczy jedynie Polski, ale podobna sytuacja występuje na całym świecie.
Wraz ze sytuacją rynkową, zmieniło się również pojęcie działalności B+R. Nie można nie odnieść wrażenia, że wg ekspertów unijnych za prace badawcze możemy uznać jedynie czynności wykonywane przez wykształconych techników np. informatyków. Jednak niesłusznie jest odejmowanie wartości pozostałym dziedzinom, których wkład w dzisiejszy kształt rzeczywistości jest równie ważny, choć mniej spektakularny. Faktycznie, humaniści czy ekonomiści nie mogą pochwalić się opracowaniem rewolucyjnego filtra zmniejszającego zanieczyszczenie powietrza spalinami czy nowego procesora zwiększającego dotychczasową wydajność dwukrotnie. Ba, nawet kolejny program komputerowy może zostać uznany za działalność B+R, natomiast kwestią dyskusyjną w tej perspektywie byłaby nowa teoria ekonomiczna, która nie powstała w wyniku pobudek polityczno-populistycznych.
Przed przedstawicielami nauk humanistycznych i ekonomicznych stoi obecnie ogromne wyzwanie – muszą udowodnić sobie, a także społeczeństwu, że ich nauki są nadal potrzebne. Muszą pokazać, że bez ich udziału technika będzie jedynie pustym zbiorem matematycznych wzorów, nie znajdujących odbicia w rzeczywistości społecznej, ekonomicznej czy politycznej. Nastąpić tym samym musi rozszerzenie pojęcia, zarówno pod względem formalnym, jak i merytorycznym, działalności B+R. Zmiana konieczna jest również w umysłach samych ludzi, zaczynając od gloryfikowanych inżynierów, przez zakompleksionych humanistów i ekonomistów, kończąc na pozostałych członkach społeczności. Nie chodzi tutaj o jakąkolwiek walkę czy zawiść skierowaną do społeczeństwa lub techników. Taki kierunek może przynieść jedynie szkody wszystkim. Analogicznie, społeczeństwo, a także sama nauka, może zyskać jedynie poprzez zgodną współpracę różnych części składowych w celu wypracowania lepszego jutra, obejmującego nas wszystkich.
Brave new world
1 stycznia, w stanie umysłu, który można byłoby określić po sylwestrowej nocy jako atlernatywny, sięgnąłem do książki, którą uprzednio przestałem czytać po 1 rozdziale (z braku czasu, a nie dlatego, że mi się nie podobała)
Tą książka była nowela Brave New World napisana przez Aldousa Huxleya.
Ciężko będzie ją opisać, więc nie będę wdawał się w szczegóły. Wystarczy powiedzieć, że kreowany przez Huxleya obraz jest równie smutny, jak ten zaprezentowany w 1984 Orwella. Podobnie jak Orwell, Aldous opisuje jeden z możliwych wariantów, w jaki może wyewoluować nasze społeczeństwo. I podobnie, jak w momencie czytania Orwella, mamy wrażenie, że jego słowa to nie jest czysty science fiction, a historia zaczyna nabierać realnych kształtów, tu i teraz, w XXI wieku. Wizje Orwella i Huxleya przerażają. Ale to nie jest horror czy literatura grozy - przeraża myśl, że świat może stać się taki naprawdę, a my ludzie zmienimy się w takim stopniu.
U Orwella pojawia się często hasło War is peace, freedom is slavery and ignorance is strength. W tych kilku mocno brzmiących słowach zawarta jest antyutopia angielskiego pisarza. U Huxleya można znaleźć analogiczne przesłanie Every one belongs to every one else. By było jeszcze zabawniej, już w pierwszych rozdziałach spotykamy bohaterkę o imieniu Fanny. Powiedzmy, że jej zasady moralne, jakie sobą reprezentuje, są dosyć... szerokie (jednak w świecie opisywanym przez Huxleya wyznaczają one standard). Wzorem dla Huxleya do stworzenia tej postaci był (podobno)... bank Fannie Mae, znany ze spektakularnego upadku w 2008 r. podczas kryzysu finansowego. Brave New World został napisany w 1931 r., a Fannie Mae powstała w 1938 r.
Przerażająca przyszłość zaczyna być rzeczywistością już dawno temu.
Tą książka była nowela Brave New World napisana przez Aldousa Huxleya.
Ciężko będzie ją opisać, więc nie będę wdawał się w szczegóły. Wystarczy powiedzieć, że kreowany przez Huxleya obraz jest równie smutny, jak ten zaprezentowany w 1984 Orwella. Podobnie jak Orwell, Aldous opisuje jeden z możliwych wariantów, w jaki może wyewoluować nasze społeczeństwo. I podobnie, jak w momencie czytania Orwella, mamy wrażenie, że jego słowa to nie jest czysty science fiction, a historia zaczyna nabierać realnych kształtów, tu i teraz, w XXI wieku. Wizje Orwella i Huxleya przerażają. Ale to nie jest horror czy literatura grozy - przeraża myśl, że świat może stać się taki naprawdę, a my ludzie zmienimy się w takim stopniu.
U Orwella pojawia się często hasło War is peace, freedom is slavery and ignorance is strength. W tych kilku mocno brzmiących słowach zawarta jest antyutopia angielskiego pisarza. U Huxleya można znaleźć analogiczne przesłanie Every one belongs to every one else. By było jeszcze zabawniej, już w pierwszych rozdziałach spotykamy bohaterkę o imieniu Fanny. Powiedzmy, że jej zasady moralne, jakie sobą reprezentuje, są dosyć... szerokie (jednak w świecie opisywanym przez Huxleya wyznaczają one standard). Wzorem dla Huxleya do stworzenia tej postaci był (podobno)... bank Fannie Mae, znany ze spektakularnego upadku w 2008 r. podczas kryzysu finansowego. Brave New World został napisany w 1931 r., a Fannie Mae powstała w 1938 r.
Przerażająca przyszłość zaczyna być rzeczywistością już dawno temu.
Big beat
Ostatnio mam szczęście do odkrywania nowych gatunków muzycznych... lub dowiadywania się, że moje ulubieni wykonawcy zostali już dawno "zaszufladkowani".
Lata temu, gdy zacząłem słuchać np. Rage Against The Machine, ku mojego zdziwieniu dowiedziałem się o istnieniu takiego gatunku muzycznego jak rapcore. I właśnie RATM jest przedstawicielem tego nurtu.
Dzisiaj odkryłem kolejny nowy gatunek muzyczny (do bycia dziennikarzem muzycznym nigdy nie aspirowałem i nigdy nie interesowałem się nazwami) - big beat. Brzmi nieznajomo? A może lepiej wymienię wykonawców. Fatboy Slim, Chemical Brothers, Apollo 440, Groove Armada. Lepiej?
Cóż, wreszcie dowiedziałem się, jak nazywa się mój ulubiony nurt muzyczny, bo uwielbiam wszelkie połączenia elektroniki (beatu) z jazzem, funkiem, rockiem, soulem, rytmami bałkańskim czy swingiem lub tangiem. O, i właśnie, kolejne ciekawe nurty - electroswing i neotango. Jak to brzmi? Odpowiedź poniżej w dwóch klipach:
FM Einheit & Gry - Princess Crocodile (electroswing)
Carlos Libedinsky - Gente Que Si (neotango)
Nieważne, jak zakwalikujemy dany utwór - ważne, czy możemy go słuchać w nieskończoność, zawsze wpadając w zachwyt.
A jeśli kogoś napełniają taką energią jak mnie bigbeatowe kawałki np. Fatboya czy Chemicznych, to polecam to bigbeatowe radio:
http://www.bigbeatradio.com/demovibes/play/
(jeśli otworzy się i nie zacznie grać automatycznie, to kliknijcie na pierwszą pozycję)
Fatboy Slim is fucking in heaven!
Lata temu, gdy zacząłem słuchać np. Rage Against The Machine, ku mojego zdziwieniu dowiedziałem się o istnieniu takiego gatunku muzycznego jak rapcore. I właśnie RATM jest przedstawicielem tego nurtu.
Dzisiaj odkryłem kolejny nowy gatunek muzyczny (do bycia dziennikarzem muzycznym nigdy nie aspirowałem i nigdy nie interesowałem się nazwami) - big beat. Brzmi nieznajomo? A może lepiej wymienię wykonawców. Fatboy Slim, Chemical Brothers, Apollo 440, Groove Armada. Lepiej?
Cóż, wreszcie dowiedziałem się, jak nazywa się mój ulubiony nurt muzyczny, bo uwielbiam wszelkie połączenia elektroniki (beatu) z jazzem, funkiem, rockiem, soulem, rytmami bałkańskim czy swingiem lub tangiem. O, i właśnie, kolejne ciekawe nurty - electroswing i neotango. Jak to brzmi? Odpowiedź poniżej w dwóch klipach:
FM Einheit & Gry - Princess Crocodile (electroswing)
Carlos Libedinsky - Gente Que Si (neotango)
Nieważne, jak zakwalikujemy dany utwór - ważne, czy możemy go słuchać w nieskończoność, zawsze wpadając w zachwyt.
A jeśli kogoś napełniają taką energią jak mnie bigbeatowe kawałki np. Fatboya czy Chemicznych, to polecam to bigbeatowe radio:
http://www.bigbeatradio.com/demovibes/play/
(jeśli otworzy się i nie zacznie grać automatycznie, to kliknijcie na pierwszą pozycję)
Fatboy Slim is fucking in heaven!
Subskrybuj:
Posty (Atom)